Kindle i spółka

December 26th, 2008 by PWimmer

Choć początkowo mało kto rokował sukces czytnika Kindle, sprzedano go już, według niektórych szacunków, ćwierć miliona egzemplarzy, a ostatnio Amazon zrobił wręcz przerwę w dostawach, gdyż po prostu nie nadąża z produkcją. Wiele osób narzeka na ograniczenia techniczne, na brzydki design, na słabą ergonomię, ale najwyraźniej niewiele to zmienia, bo ludzie walą drzwiami i oknami, zaś wolumen sprzedaży e-booków, choć jeszcze mały, rośnie po kilkadziesiąt procent rocznie – w ofercie Kindle’a jest 200 tys. tytułów, więc jest co kupować, a w pierwszych miesiącach 2009 roku ma się pojawić Kindle 2 oraz jego studencka wersja, z powiększonym ekranem.

Kindle’a nie można kupić w Polsce – można go sobie przywieźć ze Stanów. A gdyby się uprzeć i mieć coś sensownego do powiedzenia, najlepiej jeszcze po angielsku (oczywiście ze względów rynkowych), można dołączyć do grona autorów i publikować na platformie Digital Text Platform. Wystarczy założyć konto, poczytać o technikaliach i poprzez formularz na stronie internetowej posłać swoją e-książkę w jednym z akceptowanych formatów, jak HTML, Mobipocket, Doc, PDF czy zwykły TXT, opisując ją tylko i wyznaczając jej cenę. Platforma zajmuje się przetworzeniem wszystkiego do właściwej postaci i od tej pory wszyscy posiadacze Kindle’a mogą sobie ściągnąć twoje dzieło do swojego czytnika, a kasa spływa na konto bankowe. Masz pełną kontrolę nad swoim kontem autorskim w DTP, na bieżąco obserwujesz, jak popularna jest twoja pisanina i co z niej masz. Oczywiście bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje publikacje, bo musisz być nie tylko autorem, ale też korektorem i redaktorem w jednej osobie.

Wygląda to prosto, łatwo i elegancko, choć oczywiście trudno się spodziewać, że wielu polskich autorów zainteresuje się publikowaniem dla Kindle’a w obecnej postaci. Będzie to możliwe i sensowne wtedy, gdy urządzenie będzie dostępne w Polsce, a platforma autorska będzie akceptować polskie (szerzej, europejskie) realia, łącznie z obsługą polskich banków. Nie ulega wątpliwości, że się tego doczekamy, problem tylko, kiedy. W każdym razie prostota systemu jest urzekająca i nie wymaga od autorów nic więcej niż umiejętności napisania książki w Wordzie i przesłania jej do Amazona – resztę załatwia system. Nawet tworzy automatycznie próbki, które czytelnicy mogą pobrać, aby zaznajomić się z publikacją przed jej zakupieniem.

O świetlanej przyszłości ebooków jestem absolutnie przekonany, choć bóle porodowe trwają już od wielu lat. Ostatnio The New York Times opublikował online ciekawy tekst zatytułowany Turning Page, E-Books Start to Take Hold, który warto sobie przeczytać. To nie tylko Kindle, to także Sony Reader, Iliad, Jetbook, Foxit eBook Reader, to również czytniki, które pojawią się w smartfonach. Przyszłość jest tuż za rogiem, choć w swoim zaścianku jeszcze jej nie widzimy. Ale za pięć lat ten rynek będzie całkiem pokaźny, a za dziesięć stanie się potęgą. Co rano będzie można pobrać bezprzewodowo swój ulubiony dziennik, w wybrane dni tygodniki, do podróży ściągniesz sobie za kilka złotych najnowszą powieść sensacyjną czy romans, cała światowa biblioteka będzie dostępna za niewielkie sumy lub zgoła za darmo. A uczniowie i studenci dostaną po obniżonych cenach pakiety lektur i nie będą musieli przesiadywać w czytelniach - przykładowo, McGraw-Hill Education aż 95 procent swoich tytułow wydaje równolegle w wersji papierowej i elektronicznej.

Fantazjuję? Ani mi w głowie!

Co tam w blogach o Kindle’u.

Nowe wersje Windows Live Essentials

December 16th, 2008 by PWimmer

Desktopowa część konglomeratu Windows Live, czyli Windows Live Essentials, doczekała się kolejnych wersji beta – w poniedziałek opublikowano aktualizacje programów; nie zostało jednak wyraźnie powiedziane, czy dotyczy to wszystkich aplikacji.

Sam korzystam przede wszystkim z Windows Live Writera, do innych zaglądam sporadycznie, niektórych jeszcze nie instalowałem.

I jeszcze dwa obrazki.

Windows Live Writer:

Edytor w usludze Windows Live

Galeria fotografii:

Galeria fotografii Windows Live

Kwestia drobiazgu

October 9th, 2008 by PWimmer

Kiedyś była maniera gonienia za najpotężniejszymi aplikacjami – proste operacje retuszerskie czy geometryczne na obrazku każdy chciał wykonywać w Photoshopie, a nie w pierwszym z brzegu darmowym edytorze graficznym, prosta kalkulacja obowiązkowo w Excelu, a zwykły tekst w Wordzie. Dziś ludzie szukają częściej programów prostych i skutecznych, skrojonych na własne potrzeby.

O wyborze decydują czasem drobiazgi – w przeglądarce może liczyć się szybkość albo dobra ergonomia, a niekoniecznie akurat ogromne instrumentarium – może dlatego najczęściej pracuję teraz w Chrome, choć oczywiście na drugim miejscu jest Firefox.

Lisek bije konkurencję na głowę dodatkami, które spełniają najbardziej “wyuzdane” potrzeby. Przykładem funkcji, która dla wielu osób jest kluczowa, jest dobra obsługa kart – tutaj mistrzem jest Tab Mix Plus, który wynosi tę funkcjonalność na wyżyny. Dla niektórych jest to tak ważne, że powstrzymują się nawet przed aktualizacją Firefoksa, byle ten dodatek nie przestał działać. Znany jest mi przypadek blogera z Blox.pl, który zrezygnował z codziennego używania Firefoksa, bo… przy cofnięciu do poprzedniej strony ustawia się w blogu na początku strony, a nie w miejscu, skąd następowało kliknięcie. Drobiazg, ale widać dla niego ważny.

Preferencje chadzają różnymi drogami, ale całe szczęście, że mamy tyle rzeczy do wyboru. Ta “genetyczna różnorodność” to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakich doświadczamy w codziennej pracy z komputerem.

Bronimy się

September 18th, 2008 by PWimmer

Rok temu na rynek czasopism komputerowych przeznaczonych dla bardziej zaawansowanych czytelników wkroczył z rozmachem bauerowski Next. Z zamiarem wykoszenia konkurencji, czyli PC Worlda i Chipa, głównie zresztą niską ceną - podobną strategię, z wielkim sukcesem, zastosował wcześniej PC Format, który sprowadził Komputer Świat niemal do parteru.

I co mamy po roku? Początkowa sprzedaż Nexta, bijąca dwukrotnie konkurencję i wynosząca na starcie ponad 120 tys. egzemplarzy po roku spadła (dane za czerwiec 2008) do poziomu 46 tys., czyli zaledwie 38% pierwotnej. W tym samym czasie oba zasiedziale już w branży miesięczniki utrzymują poziom sprzedaży, a ostatnio przeskoczyły już Nexta.

Oznacza to, że nasi czytelnicy nie przesiedli się gremialnie na konkurencyjne pismo, a cena, dość istotny przecież czynnik, nie odegrała tu praktycznie żadnej roli. To dla nas oczywiście miła wiadomość, bo na tym niesłychanie dziś trudnym rynku, podkopywanym jeszcze przez Internet, potrafiliśmy utrzymać uwagę publiczności na niemal niezmienionym poziomie. To zobowiązuje, ale nie pozwala osiadać na laurach - rynek jest zazwyczaj bezlitosny i trzeba o niego nieustannie walczyć.

Cenowa mowa-trawa

September 1st, 2008 by PWimmer

W ostatnim numerze PC World Komputera Darek Utracki opublikował artykuł "Dolar spadam, towary nie tanieją" (s. 14), w którym krytycznie naświetlił problem gigantycznych haraczy nakładanych przez niektórych producentów oprogramowania na lokalne rynku, w tym i polski. Sztandarowym przykładem jest Adobe Photoshop, który w USA kosztuje 650 dolarów, a w Polsce 689 euro, co daje w przeliczniku 3,55 zł za dolara. Wezwany "do tablicy" dyrektor oddziału Adobe w Polsce, Arkadiusz Krawczyk, tłumaczy to wyższymi kosztami prowadzenia zlokalizowanego biznesu.

Otóż, z całym szacunkiem, uważam takie tłumaczenie za przykrywanie chęci uzyskania maksymalnych zysków. Dystrybutor/dealer otrzymuje od producenta oprogramowanie po cenach hurtowych, zatem można przypuszczać - liczba domyślna - że na dzień dobry jest to nie więcej niż 400 USD, czyli jakieś 280 euro. Czy polski oddział Adobe chce mi wmówić, że aż 400 euro jest potrzebne na lokalizację egzemplarza i inne koszty? To ja się pytam, dlaczego cena nie spada, skoro dolar spadł? Koszty złotówkowe się nie zmieniły w czasie tego spadku, ale dlaczego cena detaliczna u dealera nie spadła przynajmniej o różnicę kursową, czyli kilkaset złotych?

Niestety, taka strategia cenowa wygląda mi na wykorzystywanie okazji. Microsoft znacząco obniżył ceny Visty i Premium można dziś dostać nawet za 600 złotych (sam sobie kupię). A przecież Microsoft też prowadzi zlokalizowany biznes - naturalnie, dla rzetelnej oceny należy dodać, że Vista jest kupowana w znacznie większych ilościach niż Photoshop.

Jak nie spojrzeć, stagnacja cen Photoshopa, jak i szeregu innych aplikacji, jest korzystaniem z praw monopolisty, bo nietrudno zauważyć, że produkty Adobe są w wielu okolicznościach, ze względu na swoją jakość, niezbędnym wyposażeniem zawodowego grafika czy składacza. To nie koszty decydują tu o polityce firmy, tylko perspektywa zysku. Nikt prowadzący działalność zarobkową nie kradnie dziś Photoshopa, a zatem musi go kupić, bo to standard. Skoro inni mogą, to i Adobe mogłoby się odrobinę pochylić nad polskim rynkiem.

Ciągle kombinują

August 11th, 2008 by PWimmer

Redakcyjny kolega testował ostatnio ciekawą przeglądarkę, której popularność jest u nas praktycznie nieznana, gdyż jest rozpoznawana jako Internet Explorer. Nic dziwnego, skoro to jeszcze jedna mutacja IE, oparta na silniku Trident. Tego rodzaju klonów powstawało kiedyś mnóstwo - znacznie więcej niż przeglądarek opartych na Gecko. Zdumiewała mnie zawsze pomysłowość programistów, którzy w oparciu o silnik potrafili zrobić znacznie lepszy, sprytniejszy, poręczniejszy produkt niż oryginał Microsoftu. Maxthon jest przykładem takiej właśnie solidnej roboty.

Microsoft poległ tutaj na dwóch polach. Po pierwsze, sam silnik został wyraźnie w tyle za konkurencyjnymi Gecko (Mozilla) i Presto (Opera) - ograniczam się do najpopularniejszych, bo właściwie trzeba by też wymienić okolice Safari. Po drugie, interfejs Internet Explorera, cała obudowa silnika, jest słaba jak na dzisiejsze standardy. Dotyczy to także wersji 7. Ludzie z Maxthona zrobili coś, co funkcjonalnością znacznie bardziej przypomina Operę - mamy nawet polską wersję tej przeglądarki. A najbardziej sensacyjna jest informacja, że Maxthona pobrano ze strony producenta … 160 mln razy! Podobno przeglądarka ma 30 procent chińskiego rynku - największego przecież na świecie. Nie dziwię się, bo to kawał dobrej roboty, o dużych możliwościach konfiguracji. Wprawdzie od Firefoksa i Opery na pewno nie odejdę, ale gdybym chciał jednak pozostać wierny Internet Explorerowi, to z całą pewnością wybrałbym właśnie Maxthona. Jeśli ktoś ma opory przed tzw. przeglądarkami alternatywnymi, to warto wypróbować ten właśnie produkt, bo robi naprawdę dobre wrażenie.

Netbook w chmurach

August 7th, 2008 by PWimmer

W redakcji pojawił się wreszcie netbook - prawdziwy, autentyczny, 10-calowy netbook, o którym tak głośno ostatnio w Internecie. W życiu nie przypuszczałem, że takie maleństwo nadaje się do jakiejkolwiek pracy, a parę minut próbowania klawiatury przekonało mnie, że to przyszłość, a przynajmniej jeden z ważniejszych kierunków, w jakim pójdzie komputeryzacja. To rzecz jasna nie główny komputer dla domu, tylko narzędzie do mobilnej pracy, głównie w Internecie - poczta, komunikator (jest nawet kamera internetowa), przeglądanie wiadomości w serwisach informacyjnych, ewentualnie pisanie niezbyt dużych tekstów. Plus-minus 100 gigabajtów na dysku aż nadto starczy do zainstalowania oprogramowania - jest jasne, ze nie będziemy tu instalować Microsoft Office (nie ma zresztą napędu DVD, choć oczywiście można podpiąć zewnętrzny), tylko jakiś software z Internetu. Albo, zgodnie z filozofią cloud computing, skorzystamy z edytora online, jak Google Docs czy Zoho Office. Całe urządzenie waży kilogram, czyli dwa razy mniej niż najmniejszy notebook, i można je wsadzić do dowolnej torby, niemal nie czując wagi.

Zmierzam do tezy, że idea pracy online, z wykorzystaniem mnóstwa bezpłatnych usług w Internecie, nie jest taką abstrakcją, jaką była jeszcze parę lat temu. Usługi te znakomicie zastępują znaczną część tradycyjnego oprogramowania instalowanego w komputerze stacjonarnym. Choć trudno sobie wyobrazić używanie netbooka do obróbki grafiki czy wideo - tu jednak silny procesor, dużo pamięci i duży ekran decydują o komforcie pracy - to jednak gros naszych codziennych potrzeb potrafi zaspokoić właśnie dzięki prostym, dobrze skrojonym aplikacjom sieciowym, które są już wystarczająco dobre, aby sprostać typowym wymaganiom, a zarazem na tyle mało wymagające, aby poradziła sobie z nimi tak prosta maszynka.

Coś chyba jest na rzeczy, skoro wielcy producenci sprzętu zaczynają się ścigać w tej kategorii komputerów przenośnych, a producenci oprogramowania i usług coraz częściej widzą przyszłość w “chmurach”. Zapłaci za to klient biznesowy, natomiast zwykly człowiek skorzysta z mnóstwa bezpłatnego dobra, jakie się przy okazji pojawi. Ta sama usługa w planie bezpłatnym oferuje jakieś tam skromne parametry, a jak ktoś potrzebuje więcej, to zapłaci kilka czy kilkanaście dolarów miesięcznie. Oczywiście, cloud computing nie wyruguje tradycyjnego software’u, ale inaczej ustawi jego rolę. Przez niemal dwie dekady nie wyobrażałem sobie rezygnacji z wielu aplikacji, dziś patrzę na to inaczej, starannie rozważając proporcje oprogramowania w maszynie i usług na serwerze. O wszystkim decydują potrzeby i zdroworozsądkowe podejście do sprawy.

Dziennikarze jeszcze żyją

July 27th, 2008 by PWimmer

Czy w świecie współczesnego Internetu, gdzie każdy może wnieść swoje trzy grosze, jest jeszcze miejsce dla dziennikarzy? Gdy w 1991 roku zaczynałem swoje dziennikarskie zmagania z oporną początkowo materią technik komputerowych, posiadacze komputerów mieli do dyspozycji jedynie nasz ówczesny dwutygodnik PCkurier (zniknął pięć lat temu) i nieliczne jeszcze książki. Po nasze pismo ustawiały się przed kioskami kolejki, bo było to wtedy jedyne źródło bieżącej informacji o rynku sprzętu i oprogramowania. Dzisiaj każdy może pobrać z Internetu program i samodzielnie sprawdzić, czy się do czegoś przyda.

A jednak będę obstawał przy twierdzeniu, że dziennikarstwo komputerowe ma się nadal dobrze i z powodzeniem służy jako źródło rzeczowej informacji. Przyczyn widzę kilka:

Po pierwsze, nie każdemu potencjalnemu użytkownikowi chce się sprawdzać program - wygodniej jest zdać się na cudzą ocenę, jeżeli pochodzi z wiarygodnego źródła; po to płacą dziennikarzom, aby rzetelnie sprawdzili oprogramowanie i wydali obiektywną ocenę, tym bardziej, gdy trzeba przeprowadzić test porównawczy.

Po drugie,  tylko niektórzy użytkownicy mają wystarczające kompetencje, aby dojrzeć wszelkie istotne wady i zalety oprogramowania - ponownie, po to właśnie płacą dziennikarzom, aby wykonywali te testy za czytelników, a ci, co mają wiele lat doświadczenia, na pewno zrobią to lepiej niż przeciętny posiadacz komputera.

Po trzecie, nie każdy program ma wersję testową do pobrania, a redakcje czasopism mają wystarczająco dobre i rozległe kontakty, aby dotrzeć do wszelkiego interesującego software’u.

W przypadku sprzętu znaczenie dziennikarzy, jako zawodowych testerów, jest jeszcze bardziej widoczne, bo tylko oni są w stanie zdobyć sprzęt do testów - zwykły człowiek nie ma rzecz jasna ani środków, ani wystarczających kompetencji.

Nieważne, jak nazwiemy owych testerów - czy jest to redakcja czasopisma, czy też wyspecjalizowany portal. Są oni niejako interfejsem między użytkownikiem a produktami komputerowymi, zatem ich rola nie ulegnie degradacji, nawet gdyby prasa miała zniknąć, a wszystko przybrać postać elektronicznych materiałów dostępnych odpłatnie czy bezpłatnie w Internecie. Model biznesowy takiego przedsięwzięcia jest dla czytelnika nieistotny, ważny jest sam fakt, że ktoś dokonuje tych ocen, podobnie jak w prasie motoryzacyjnej czy jakiejkolwiek innej. Taka jest natura rzeczy.